Ludzie często pytają mnie, czego nauczyło mnie macierzyństwo. Ja wtedy odpowiadam pytaniem na pytanie, by dowiedzieć się ile mają czasu, bo wyliczenie tylko tych najważniejszych rzeczy zajęłoby mi pewnie kilka godzin. Nie dowiedzieliby się pewnie ode mnie niczego, czego nie słyszeliby już od innych rodziców. Bycie mamą nauczyło mnie miłości, spokoju, radości z małych rzeczy, ale przede wszystkim CIERPLIWOŚCI. Jeśli jeszcze 3 lata temu ktoś zorganizowałby zawody w byciu najbardziej niecierpliwym człowiekiem świata- BYŁABYM ZWYCIĘZCĄ, zapewniam Was. Niestety nikt takich zawodów nie wymyślił, a w każdym razie mi nic o tym nie wiadomo, więc puchar, medal i nagroda pieniężna przefrunęły mi koło nosa, bo dziś stoi przed Wami (a w każdym razie siedzi po drugiej stronie monitora) kobietka nie mierząca nawet 160cm, za to po brzegi wypełniona cierpliwością, której nie nauczyłam się z własnej chęci, ale raczej z woli przetrwania, bo o ile przy jednym dziecku miewałam dni w których mogłam się najzwyczajniej w świecie ponudzić, przy dwójce wspominam je z nutką tęsknoty i rozżalenia, bo niestety minęły bezpowrotnie. Dlaczego? A więc:
1. Dwulatka z kilkudniowym brakiem apetytu. Jeden, czy dwa dni, spoko, widocznie nie jest głodna, ma pełne prawo, po tygodniu jednak matka wariatka zachodzi w głowę, co zrobić, bo choroby żadnej na horyzoncie nie widać, dziecko szczęśliwe, zadowolone i ruchliwe jak zwykle, tylko jakoś posiłki częściej trafiają do kosza niż do buzi. Nie pomaga proszenie, tłumaczenie, ba! nawet przekupstwo, a przecież kto nie skusiłby się na kilka kęsów ziemniaczków, kiedy kartą przetargową jest kinder niespodzianka? Cóż, widać trafił mi się wyjątkowo zawzięty egzepmlarz. Przeczesałam więc fora internetowe (jakież to inteligentne, ale jak już mówiłam, byłam zdesperowana!) i wyciągnęłam jeden wniosek: JEDZENIE MUSI BYĆ ŁADNE! . Nadeszła pora kolacji i zabrałam się do pracy. Chleb, dżem i krem czekoladowy, nic zdrowego, ale zawsze jakieś jedzenie. Wycinam kółeczka, ozdabiam, naciskam, wyciskam i smaruję, tak oto powstaje chlebowy miś, tak przeuroczy, że chciałam rzygać tęczą we wszystkich kierunkach. Dumna jak paw kładę go pod nosem mojej córki, na co ona ogląda go z każdej strony, marszczy nos i mówi: PSEPLASIAM MAMO, ALE JA BYM CHCIAŁA KOTLETA. I dzień zakończyła przypalonym schabowym. Przynajmniej problem z brakiem apetytu odszedł w zapomnienie.
2. Deszczowe popołudnie. Młodsza śpi, więc mamy z Gabrysią czas na wspólną zabawę. Kreatywną ma sie rozumieć, przecież dziecko rozwijać się musi, BODŹCE, BODŹCE, BODŹCE! Rozkładam więc na podłodze folię i wyjmuję farby, plastelinę, kleje, kredki i cekiny. Będziemy tworzyć prawdziwe arcydzieła! Oczami wyobraźni widzę jak lepimy zwierzątka, malujemy domki i kleimy laurki dla babci. Na początku bawimy się świetnie, śmiech niesie się po całym domu, tak nam cudownie. Elektroniczna niania daje znać, że Mania zaczęła się kręcić więc biegnę do góry i wracam po minucie. W ciągu tej właśnie minuty pandy i żyrafy z plasteliny przestały być interesujące, za to spodobało jej się malowanie farbami mebli. WSZYSTKICH. Dacie wiarę, że na tak krótkich nogach można się tak szybko przemieszczać?
3. Wieczór, pora spania. Od niemal dwóch lat taki sam rytuał. Bajka, przytulanie i hop!do spania. Zadowolona schodzę na dół, wolny wieczór po ciężkim dniu, jak bardzo było mi tego trzeba! I wtedy się zaczyna: MAMO!BOLI MNIE NÓŻKA! / MAMO! BOLI MNIE BRZUSZEK! / MAMO! JESTEM GŁODNA! / MAMO! CHCE MI SIĘ PIĆ! / MAMO! MAM W NOSIE KOOOOOOOZĘ! / MAMO! PAAAAAJĄK! / MAMO! NIE CHCĘ SPAĆ! / MAMO! ZAPAL MI LAMPECZKĘ! / MAMO! POCZYTAJ MI! / MAMO! ZAŚPIEWAJ MI! / MAMO! PRZYTUL MNIE! / MAMO! CHCE MI SIĘ SIUSIU! / MAMO! KOCHAM CIĘ! NIE ZOSTAWIAJ MNIE TU SAMEEEEEEEEEJ! / MAMO! CHCĘ DO BABCI! / MAMO! PRZYNIEŚ MI MOJEGO PIESKA! i milion innych płaczliwych powodów, by nie spać. Kiedy dobija 22 i uparciuch w końcu pada ze zmęczenia, ja w myślach dziękuję Bogu, że już , że nareszcie i że chociaż nie zjem już kolacji, to przynajmniej wypiję ciepłą herbatę przed snem : I WTEDY BUDZI SIĘ MARYSIA. No, dziękuję bardzo.
4. Nocnikowanie. Kto nie przeszedł, ten nie zrozumie. Podobno są dzieci, które bardzo szybko łapią co i jak. Cóż, zazdroszczę, bo u nas trwa to całą wieczność, a postępy niestety mało proporcjonalne do oczekiwań, ale wiecie, nie od razu Rzym zbudowano i takie tam, każde dziecko idzie swoim tempem. Dobrze, nie ma sprawy, byleby nie biegała w pampach do osiemnastki, bo zbankrutuję, po prostu. Siusiu to pikuś, nie jest najgorzej, czasem zdarzają się wpadki, ale wystarczy wyprać majteczki, doszorować mokrą plamę na wykładzinie, przynajmniej czysto, nie? Gorzej sprawy się mają z numerem dwa, który zawsze wypada akurat w czasie drzemki. Moje mądre dziecko ściąga wtedy pampersa i opcje są dwie: a) pampers jest już brudny lub b)stawia klocka na wykładzinę, w każdym razie tak, czy siak siada później na nocnik, przy okazji smarując tyłkiem pościel, zabawki, maskotki , a czasem nawet i ścianę. I do tego też idzie się przyzwyczaić skoro zdarza się to stosunkowo często. Niestety, moje dziecko postanowiło wkroczyć w nowy poziom samodzielności i przewinąć się SIAMA. Zużywa więc tyle chusteczek ile wpadnie jej w ręce i zamiast cokolwiek wytrzeć rozsmarowuje wszystko po nogach ( i właściwie innych częściach ciała też), ale czymże byłoby przewijanie bez kremu, skoro " swędzi ją dupka" (smutna minka). Wciska więc paluchy do słoja z kremem i smaruje się nim jak balsamem nawilżającym: ręce, nogi, brzuszek, ramionka, buzia, szyja i plecy (oczywiście skutecznie omijając pupę, do której owy krem jest przeznaczony). + kończąc ten podpunkt poczłapałam do góry domyć moje wyspane dziecko z kremu. A pokój z kupy.
5. Odkąd mój mężczyzna przepracowuje przynajmniej pięć dni w tygodniu, dni rodzinne stały się dla nas rzadkością, a co za tym idzie, chcemy je w pełni wykorzystać. Wymyślamy więc soboty, czy niedziele pełne wrażeń: kino, spacer, lody, sala zabaw, salon gier i inne świetne rzeczy. I kiedy wszystko już zaplanowane i rozlokowane w czasie, dwulatka oznajmia nagle,że : ONA CHCE DO BABCI. I cały misterny plan ... no własnie. Przynajmniej łapiemy się na pyszny obiad, trzeba myśleć pozytywnie.
Jest też dziecko młodsze, które (jeszcze) w życie rodzinne włącza się raczej rzadko, bo większość czasu po prostu przesypia, chociaż zdarza się to coraz rzadziej. Mania oczywiście tez ma swój (całkiem spory!) udział w regularnym testowaniu mojej cierpliwości i chociaż jej system jest opracowany i schemat zazwyczaj się powtarza, nadal mnie zaskakuje!
1. Ułożyłam plan dnia tak, że kiedy Gabrysia układa się do popołudniowej drzemki, Marysia też śpi, co daje mi kilka chwil dla siebie. Zazwyczaj. Jeśli ugotuję obiad, ale nie mam zamiaru go zjeść mam wolne czasem nawet dwie godziny( zazwyczaj schodzą mi na sprzątaniu, ale to juz osobna kwestia). Za to zawsze (podkreślam : ZAWSZE!) kiedy tylko usiądę z ciepłym obiadem do stołu, moje maleństwo mnie potrzebuje. Jest krzyk, płacz i oczy jak pięć złoty, koniec spania! No i nici z miłego posiłku przy ulubionym serialu.
2. W biegu przygotowuję wszystko do wyjścia z domu. Gabrysia w przedszkolu, lista zakupów w portfelu, ja oczywiście w niedoczasie. Marysia całkiem grzecznie czeka na mnie na macie, czy w wózku i kiedy już otwieram drzwi... oczy na wierzch, czerwona buzia, stęki, jęki i sapanie. IDZIE KUPA. Zawracam, rozpinam bluzy, kurtki, czy swetry, wyładowuję zdenerwowanie na czymś, co mam pod ręką, a Fasolinka w spokoju kończy co zaczęła. Przewijam, ubieram, zapinam i w drogę. Otwieram drzwi ... i rzyga. Przez całe to stękanie ulało się mleko, które zjadła chwilę wcześniej. Wracam na górę, przebieram, zapinam, wychodzę. Spóźniona oczywiście. Trudno, na obiad zjemy kanapki.
3. Nie śpi. Marudzi, pojękuje i brzęczy, trze oczka, powieczki opadają, ale NIE ŚPI. Tulę, lulam, całuję, śpiewam, cycuszkuję i noszę. Gotuję obiad, sprzątam, zabawiam Gabrysię -jedną ręką, do drugiej przylepił się glonojad, zwany też Marynią. Padam już na twarz, nie wiem co wymyślić, by ją zabawić i wtedy : PADA! Zazwyczaj koło 16:30, a o 17 muszę ją obudzić, by punktualnie o 18 spała już na całą noc, inaczej cały rytuał diabli wezmą i czeka nas noc pełna wrażeń.
Czy tracę cierpliwość? Coraz rzadziej, właściwie niemal wcale, bo nawet kilkuminutowe chwile zwątpienia mijają jak ręką odjął, wystarczy, że są przy mnie. Dwie najwspanialsze gwiazdki. Nauczyły mnie życia. I tak, przede wszystkim cierpliwości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz