Ostatnio na blogu z coraz większą częstotliwością zaczęłam dostawać komentarze sugerujące, że jest u mnie za dużo LUKRU. Pewnie, za dużo lukru może zemdlić, tyle, że zasada ta ma się do babeczek, nie do życia.
Po którymś już z kolei zarzucie przystanęłam na chwilę i zastanowiłam się, czy może tak właśnie jest, czy faktycznie lukruję i dosładzam naszą codzienność, która przecież powinna być szara, nudna i bez wyrazu. Doszłam do wniosku, że przykro mi ( nieprawda, wcale nie), ale nie jest. Nasza codzienność jest słodka do orzygania, nic nie poradzę.
Stereotyp narzekającego Polaka ciągnie się za nami od lat, ale Polak na emigracji, to dopiero zabawa! Zasiłki za niskie, rachunki za wysokie, a w wynajmowanym domu w pakiecie nie dodają telewizora, jak żyć?!
My z Kubą od początku wiedzieliśmy, że widząc tylko złe strony daleko nie zajdziemy. Poza tym, czy istnieją złe strony rodzicielstwa? Wychodzę z założenia, że jest w nas tyle szczęścia na ile sobie sami pozwolimy, a ja pozwalam sobie na prawdziwą życiową euforię i nie rozumiem dlaczego miałabym za to przepraszać?
Czy mam łatwiejsze życie niż inni? Nie sądzę. Czy lepsze? Zaczynam myślec, że owszem, bo kiedy oni skupiają się na tym, że po raz ósmy w ciągu miesiąca zepsuł im się samochód, ja widzę możliwość dłuższego spaceru z dziećmi. Kiedy nie ma pieniędzy na zorganizowanie urodzin na sali zabaw, ja widzę możliwość kreatywnego przyjęcia w domu. I mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, ale po co?
Czy bywa ciężko? Jak cholera! Kto miał kiedykolwiek na głowie dzieci, dom i milion innych spraw na pewno o tym wie. Oczywiście, że pod nosem klnę na czym świat stoi, kiedy po raz siódmy jednej nocy wstaję, by wcisnąć smoczek w malutkie usteczka, kiedy Gabrysia wślizguje się do naszego łóżka i kopie mnie po żebrach z taką siłą, że nie wiem jakim cudem nie chodzę posiniaczona jak ofiara przemocy domowej. Złoszczę się, kiedy Kuba nie wynosi po sobie talerza i nie wyciera blatu po śniadaniu, kiedy Gabcia po raz trzeci wylewa sok na wykładzinę, a Marysia wymiotuje na mnie minutę przed wyjściem z domu. I mogłabym krzyczeć, trzaskać drzwiami i narzekać na ciężkie życie, ale PO CO? Przecież sama się na to zdecydowałam, sama postanowiłam urodzić dwie córki i postanowiłam je wychować, sama postanowiłam związać się właśnie z tym mężczyzną nie z innym, sama postanowiłam prowadzić dom. To nie kara, to błogosławieńtwo.
I mogłabym mieć więcej czasu dla siebie, salon nie wypchany po brzegi zabawkami, kominek z którego moje dziecko nie zrobiłoby sobie śmietnika i na obiad sałatkę zamiast porcji mięsa, ale czy byłabym w połowie tak szczęśliwa jak jestem dzisiaj?
Nie lukruję życia, ono jest dla mnie wystarczająco słodkie. Na co miałabym narzekać? Bywają ciężkie, gorsze dni, bywają też takie w których nie mam siły oddychać, a życie wydaje się zbyt trudne, by je udźwignąć, ale to nie je chcę zapamiętać. Chcę pamiętać poranki, kiedy Gabrysia woła do taty:
-Znalazłeś mi pieluszkę mój bohaterze!
I te, kiedy kicha na mój telefon i ze skruszoną minką mówi:
- Nie chciałam napluć na twój telefon mamusiu, przepraszam bardzo.
Chcę zapamiętać pierwsze uśmiechy Marysi, nieporadne rączki próbujące dosięgnąć niebieskiego słonia, zachwyt na jej buźce, kiedy polizała jabłko i odrazę, kiedy próbowała marchewki.
Chcę pamiętać mojego mężczyznę podającego mi kawę do łóżka, jego ciepłe ramię przy wieczornym filmie i roześmiane oczy, kiedy występuję w puchowych skarpetkach.
I możecie dalej zazdrościć mojego lukrowanego świata albo zobaczyć, że jeśli tylko sobie na to pozwolicie, i wasz taki będzie :)
PS. Czy naprawdę uważacie, że coś tak wspaniałego musiałabym dosładzać lukrowaną otoczką?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz